Wireva

Sen dwufazowy wraca jako odpowiedź na kulturę ciągłego pośpiechu

Badaczka Anna Fox eksperymentowała z dwufazowym snem, wstając w środku nocy na czytanie i pisanie. Jej doświadczenie pokazuje, jak industrializacja zmieniła nasz rytm snu i dlaczego dziś warto zadbać o odpoczynek bez presji produktywności.

Materiał powstał przy wsparciu SI pod odpowiedzialnością redakcyjną Haydamax OÜ.

W czasach przedindustrialnych sen w dwóch odcinkach był normą, a nie wyjątkiem. Zamiast jednego nieprzerwanego bloku ośmiu godzin, ludzie kładli się spać po zmroku, budzili się około północy na tak zwaną „wartę” i ponownie zasypiali do rana. Ten zwyczaj, nazywany snem dwufazowym, wraca dziś w dyskusjach o zmęczeniu, wypaleniu i presji ciągłej produktywności.

Anna Fox, doktorantka na Uniwersytecie Stanowym Karoliny Północnej, postanowiła sprawdzić na sobie, jak działa taki rytm. Przez kilka tygodni budziła się między 1:30 a 3:30 w nocy. Czytała książki, pisała listy, prowadziła dziennik i pracowała twórczo, dokumentując eksperyment w mediach społecznościowych. Jej relacje śledziły tysiące osób. Jak przyznaje, liczyła po cichu, że taki tryb życia pomoże jej uporać się z przewlekłym zmęczeniem. To się nie stało, ale zaskoczył ją inny efekt: „Pisałam lepsze wiersze niż kiedykolwiek w życiu” — mówi.

Jej zasady były proste: żadnego górnego oświetlenia, żadnego telefonu i żadnych zadań z listy do zrobienia. Fox wiedziała, że jeśli zacznie traktować nocne godziny jak czas na nadrabianie obowiązków, eksperyment zamieni się w wyścig o to, ile zdoła zrobić. Zamiast tego skupiła się na spokoju i kontemplacji. Przyznaje, że budzenie się w środku nocy było trudne, ale same godziny czuwania okazały się „naprawdę piękne”.

Sen dwufazowy nie jest nowym wynalazkiem. W historii praktykowali go m.in. Charles Dickens, który słynął z nocnych spacerów, oraz Thomas Edison, twierdzący, że nigdy nie sypiał dłużej niż cztery godziny. W latach 80. XX wieku historyk Roger Ekirch natrafił na ślady „pierwszego snu” i „drugiego snu” w dawnych dokumentach. Dziś większość z nas śpi monofazowo, czyli w jednym ciągu. Mimo to wiele osób budzi się około trzeciej nad ranem, w pełni rozbudzonych, i z niepokojem odlicza godziny do dzwonka budzika.

Dlaczego przestaliśmy spać w dwóch odcinkach? Kluczowa okazała się rewolucja przemysłowa. Latarnie gazowe na ulicach i sztuczne światło w domach pozwoliły wydłużyć dzień i skompresować sen do jednego bloku. Rytm dobowy naszych przodków zależał od zachodu słońca, co sprzyjało wcześniejszemu chodzeniu spać i wybudzaniu w środku nocy. Wczesne badania psychiatry Thomasa Wehra z lat 90. pokazały, że po kilku tygodniach bez sztucznego światła uczestnicy sami wracali do snu segmentowego. Podobne wzorce zaobserwowano w 2017 roku w społeczności na Madagaskarze, która nie ma dostępu do elektryczności.

Zmieniła się też kultura pracy. Rewolucja przemysłowa narzuciła sztywne grafiki oparte na potrzebach fabryk, co doprowadziło do powstania 40-godzinnego tygodnia pracy i pojęcia nadgodzin. Praca nocna stała się lepiej płatna i pożądana. „Thomas Edison, kiedy wynalazł żarówkę, wszystko zepsuł, bo nagle można było pracować w nocy” — mówi dr Michael Breus, psycholog kliniczny i dyrektor ds. snu w firmie technologicznej Orion. Industrialny model gospodarki zmienił nasz stosunek do pracy i produktywności, zostawiając coraz mniej miejsca na nocne rozmyślania czy modlitwę.

Sen dwufazowy jednak nie zniknął całkowicie. Dr Breus zauważa, że osoby regularnie drzemiące w ciągu dnia również można określić tym mianem. Co kilka lat wraca też pomysł na sen segmentowy jako rozwiązanie problemu bezsenności w środku nocy. Eksperci studzą jednak entuzjazm. „Amerykańska Akademia Medycyny Snu twierdzi, że nie ma istotnych korzyści poznawczych ani zdrowotnych z snu polifazowego czy dwufazowego” — mówi Alen Juginović, badacz snu i stypendysta podoktorski na Harvard Medical School. Przegląd badań z 2021 roku opublikowany w czasopiśmie „Sleep Health” nie wykazał korzyści z snu polifazowego, a wręcz wiązał go z gorszym zdrowiem fizycznym, psychicznym i wydajnością.

„Wiemy z dużych badań, że ogólnie niska ilość snu jest naprawdę szkodliwa dla długoterminowego zdrowia” — dodaje Juginović. Osiem godzin snu podzielonych na kilka okresów jest prawdopodobnie lepsze niż tylko pięć godzin, bo liczy się suma odpoczynku. Eksperyment Anny Fox nie jest więc receptą na chroniczne zmęczenie, ale przypomnieniem, że sen to nie zadanie do odhaczenia. Warto chronić jego ilość i jakość, zamiast zamieniać nocne pobudki w kolejny projekt produktywnościowy.

Same event, other desks

Story file →